sobota, 28 lutego 2015

Pracowita sobota

Weekend spędzam u Rodziców. Jak to na wsi, sporo tu pracy, ale też kontakt z przyrodą na maksa. Dzień zaczęłam od rajdu z Tatą po marketach budowlanych. Tata wymarzył sobie wędzarnię z prawdziwego zdarzenia. No to trzeba było przywieźć cement, drzwiczki żeliwne etc. Na święta będzie wędzonka swoja :) Jak co roku, ale tym razem z nowej wędzarni.

Potem zwózka drzewa na opał, odkurzanie samochodu i inne poboczne prace. A potem spacer z kijami i obserwowanie przyrody. Kochani, 3 (słownie - trzy) klucze dzikich gęsi jednego dnia to tylko u mnie na wiosce :) I bliskie spotkania z żurawiami. Gdybym z tymi ostatnimi zaczekała 3 minuty to bym miała super zdjęcie ich w locie. A tak, nim bym wyjęła telefon to już po ptokach (dosłownie i w przenośni). Przyroda budzi się powoli do życia. Ptaki śpiewają na potęgę!! Im jestem starsza i im dłużej mieszkam w mieście, tym bardziej doceniam kontakt z przyrodą.

Ale.... Najlepsze było wczoraj. Okazało się, że koleżanka z klasy mojej siostry ma konie!!
3 minuty od mojego domu rodzinnego. Wczoraj ją odwiedziłam.... Koniara ze mnie straszna. Za nic mam koński smrodek, brud i co tam jeszcze jest. Mogę sprzątać, czyścić itp. Żeby tylko móc z nimi pobyć. A jazda to już szczyt marzeń. Od dziecka marzyłam o jeździe konno. Marzenia zaczęłam spełniać kiedy miała ok 30 lat. Potem dłuuuuga przerwa, ale od kwietnia chyba znów ruszę na szlak. Trzeba będzie uczyć się od nowa, ale co tam. Nieważne. Ważne, że z koniem :))

Zobaczcie o czym pisałam. Jakość kiepska, ale zdjęcia z telefonu










 Na działkach koło Rodziców wszyscy prawie mają wystawione wanny :)) Moi Rodzice postawili pierwszą i teraz na prawie każdej stoi :) Łapią deszczówkę. Ta to akurat wanna sąsiadów z góry :))






 Lutowy grzybek




Jutro nowy miesiąc. Już kolejny. Jak to szybko leci.
Dobrej niedzieli.
Magda

piątek, 20 lutego 2015

Wielki powrót i miłość od pierwszego wejrzenia

Przed remontem dużego pokoju miałam w nim trochę kwiatów - ze 4 chyba. W tym całkiem sporego fikusa beniaminka. Po remoncie żaden kwiat nie wrócił na swoje miejsce. Bo tych miejsc już nie było. I jakoś nie tęskniłam za nimi. Aż do teraz. Zachciało mi się czegoś zielonego na stałe, na dłużej. Zrobiłam małą zamianę. Krzesełko stanęło pod oknem, kosz
z kocami w kącie, a w wielkim wiklinowym koszu zamieszkały gazety. I tak powstał kącik na kwiatka doniczkowego. Wielki powrót :) Na razie jeden, zobaczymy czy będzie więcej :)









Na zdjęciach widać - wybaczcie niedoskonałości - burchle z farby (przeciekające okno) i próg do remontu. Czeka mnie mini remoncik wiosną :)

 Natomiast stare, zniszczone krzesełko to mój "śmietnikowy" łup. Wzięłam je z myślą o mojej przyjaciółce. Powoziłam w bagażniku..... I stwierdziłam "Nie oddam!". Nawet go nie odnawiałam - tylko umyłam. Jest ładnie jak jest. Może kiedyś zechcę je odnowić. Na razie sobie stoi w takim samym stanie, w jakim je znalazłam.

A co do miłości..... Rozpoczął się Wielki Post i obiecałam sobie, że nie kupię żadnego kubka - w ramach wyrzeczeń. Ale, gdy wczoraj weszłam do sklepu (tylko po płyn do kąpieli!!) zobaczyłam go!! I, gdyby to był facet powiedziałabym, że się zakochałam od pierwszego wejrzenia na zabój. Ale nie jest to ludź, ino kubek więc nie mogę powiedzieć, że go pokochałam :) Ale nie mogłam bez niego wyjść, wiedziałam, że będzie mój!! Ostatni w Poście! SŁOWO!!

Druga rzecz, która jest mi bliska od momentu, gdy wzięłam je do ręki to melaminowe łyżeczki Rice. Widziałam na zdjęciach, że mają ładne kolory, ale to do wzięłam do ręki to po prostu kolorowy zawrót głowy. Są piękne :)) Kolory jak marzenie, porządnie zrobione. Mam je od środy, a już są moje ulubione :)





I nastał weekend. Niech będzie dla Was po prostu dobry, ot tak, zwyczajnie dobry :)
Pozdrawiam ciepło i słonecznie 
Magda

piątek, 13 lutego 2015

11 PLN


Kiedy słyszę o nowej dostawie w pobliskiej klamociarni włączają się we mnie łowcze instynkty. Działam wtedy jak przysłowiowy "pies pawłowa". Cynk o dostawie wywołuje potok myśli podążających jednotorowo - co zrobić, żeby jak najszybciej tam się znaleźć??!!
Żeby być tam przed innymi, nie dać się ubiec :)) Bardzo lubię szperać w starociach
i wynajdować ciekawe przedmioty. To jest jak uzależnienie. A im więcej ludzi ze mną grzebie tym lepiej. Zazwyczaj jeżdżę z dwiema koleżankami i wtedy podsuwamy sobie nawzajem rzeczy, bo znamy swoje gusta i wiemy, co której może się spodobać. Dlatego też często odwiedzam nasz rynek, gdzie na chodniku, stolikach, ławach ludzie wystawiają cuda
i cudeńka. Od igły, po szafę :))

We środę właśnie przyszedł sms - "Zapraszamy na nową dostawę w S". A ja w środku pracy!! Ale pomyślałam, że nieeeeeeee, tym razem mi się nie chce. Muszę trochę ograniczyć wydatki, mało mam miejsca w mieszkaniu na nowe graty, skorupy. Późno kończę pracę, nieeeeee, nie chce mi się. Nie chciało mi się przez jakieś 2 godziny. Potem zmieniłam zdanie o 180 stopni. Jako kobieta mam takie prawo i nie muszę się nikomu tłumaczyć. No więc zapakowałam się z koleżanką A, każda do swojego auta i na łowy!!
Szału nie było, ale.... No coś trzeba było przywieźć, żeby pustych kilometrów nie robić. I tak moja kolekcja powiększyła się o: dwie filiżanki ze spodkami, trzy piękne, lekkie jak piórko szklane talerzyki i białą cukiernicę. Koszt takich zakupów - 11 PLN!! Słownie - jedenaście złotych polskich :)) To się nazywają zakupy za grosze, czyż nie? A zdobycze wyglądają tak:











Z innej mańki natomiast - wszędzie wylewają się na mnie serca, serduszka, czerwienie, piórka etc. Nienawidzę Walentynek, tej taniości i przymusu bycia zakochanym i miłości na pokaz. Ostatnio dużo o tym myślałam i tylko jedna rzecz mi w związku z tym chodzi po głowie. Fragment pieśni, dla której pojechałam ponad 1,5 roku temu do Kalisza - specjalnie, żeby tam móc ją zaśpiewać. Refren mnie za każdym razem powala i odbiera głos ze wzruszenia (kiedy sens słów dotrze do świadomości).

"Jest taka Miłość, która godzi ogień z wodą i wolność taka, co własnej woli zamyka drogę.
Jest taka radość, która pulsuje milczeniem, i pewność taka, co się upewnia nierozumieniem".

Ciekawe czy ktoś zgadnie, bez wujka googl'a o czym pieśń traktuje?

Z tą refleksją pozostawiam Was na weekend :)
Buziaki.
Magda

czwartek, 5 lutego 2015

Kubek w kubek

Tytuł posta oddaje sposób przechowywania  kubków w moim M :) Gdyby nie kubek w kubek nijak by się nie pomieściły (i tak się nie mieszczą) ;)
Jeśli chodzi o skorupy mam trzy "zafiksowania" - miski, filiżanki i kubki właśnie.
Nie potrafię przejść obojętnie obok półki sklepowej, na której są kubki. No, nijak nie potrafię. Nie wiem kiedy to się zaczęło (chyba ok. roku 1998). Ciekawe czy to już jednostka chorobowa? 
Nie wiem dokładnie ile mam kubków - myślę, że dobijam do 100 sztuk. I ciągle przybywają.... Jedne wędrują wtedy do piwnicy, inne do znajomych, dzieci, do pracy....
A w domu pojawiają się nowe. Za każdym razem obiecuję sobie, że to już ostatni, że już dość.... Prawie jak alkoholik, który twierdzi, że w każdej chwili może przestać pić ;)
Jedne kubki są prezentami, inne z ważnych miejsc, jeszcze inne.... po prostu są. Ale potrafię powiedzieć coś o każdym kubku - skąd go mam, gdzie kupiłam, od kogo dostałam. Jedne są nowe, inne wykopane na rynku za naprawdę śmieszne pieniądze (1 zł, 3 zł czy piękny świąteczny z Fine Bone China za 10 zł).
Na potrzeby posta wyciągnęłam część kubasków. Reszta poupychana w różne miejsca mieszkania.
Któryś wpadł Wam szczególnie w oko? 












Może kiedyś się wyleczę? Kiedyś pokaże Wam jeszcze miseczki i filiżanki :)
Zbliża się weekend i wiosna też :)
Pozdrawiam ciepło.
Mahda

czwartek, 29 stycznia 2015

Początek




Zakładając tego bloga we wrześniu wiedziałam, że kiedyś napiszę tego posta. Tylko nie wiedziałam kiedy... Teraz. Początek blogowania.... Jeśli mam mówić o początku bloga, trzeba by się cofnąć miliony lat wcześniej, kiedy to Najwyższy mnie zaplanował :) Potem, korzystając z miłości moich Rodziców sprowadziła mnie na ziemię. Potem było normalne życie - szczęśliwej, wiejskiej dziewczyny. I tak jest do dziś. Co to ma wspólnego z początkiem bloga? Bo wszystko zaczęło się właśnie od wspomnień tego szczęśliwego
i kolorowego dzieciństwa. W kwietniu zeszłego roku, podczas świąt Wielkiej Nocy wybrałam się na spacer do lasu, w którym bawiłam się w dzieciństwie. Wtedy to były młode drzewka, między którymi biegaliśmy z całą podwórkową ekipą. Był strumień, w którym moczyło się nogi, jeżyny, bitwy, pistolety z patyka, łażenie po drzewach. Masa śmiechu, radości
i swobody (nikt nie nosiła komórki, nie musiał uważać, żeby jej nie zgubić a mama nie dzwoniła co pół godziny pytać gdzie jesteśmy). No i właśnie w kwietniu poszłam sobie do tegoż lasu. I było mi wtedy jakoś okropnie źle w życiu. Taki moment, gdy powróciły wszystkie żale, porażki etc. I jakoś nie wiem czemu, przytuliłam się do drzewa i jakoś łzy same zaczęły płynąć... I wtedy pomyślałam, że może założę bloga. Przypomniały mi się wszystkie blogi jakie wtedy czytałam. Tam było tak pięknie, radośnie... I stwierdziłam, że może też spróbuję. Może jak puszczę moje przemyślenia w eter to mi w jakiś sposób pomoże. To był kwiecień... Blog powstał we wrześniu. Długo się do niego przymierzałam :) Ale jest i jak na razie sprawia mi radość pisanie, zdjęcia i poznawanie nowych ludzi :) Dzięki, że tu zaglądacie.
A dlaczego teraz o tym piszę? We wtorek wróciłam z krótkiego wypadu do Rodziców i tam znów poszłam szlakiem dzieciństwa, w inne miejsce zabaw. Było piękne słońce. Stanęłam, wystawiłam twarz do słońca i z całego serca dziękowałam Wszechmocnemu za wszelkie dobro, jakie mnie w życiu spotkało, za ogrom miłości i za ludzi... Za Was też :)) I tym razem było mi tak dobrze, ciepło :)) Pfff..... To się nagadałam. Ale musiałam. Popatrzcie, gdzie się bawiłam w dzieciństwie:)










Ferie trwają pełną parą. Wyjazdy, spotkania. W końcu mam czas na to wszystko. 
Pozdrawiam serdecznie :)
M.